Potem się obudziłam.
Było mi gorąco, koszulka przyczepiła się do spoconych pleców, a w oczach miałam łzy. Nie wiem, co się wydarzyło. To był tylko koszmar, uspokój się, Ellie, skarciłam się w myślach. Usiadłam na łóżku i wytarłam rękawem oczy. Na zewnątrz robiło się już ciemno, zegarek pokazywał godzinę dwudziestą trzydzieści. Spałam pięć godzin? Nie do wiary, że zmarnowałam prawie cały dzień! Zbiegłam po schodach, rodzice zostawili mi kartkę. Mieli wrócić jutro rano, aha, czyli wszystko w gospodarstwie muszę zrobić sama. Na szczęście było tego niewiele, tylko pies, koty i oczywiście kury, uporam się z tym w trymiga. Wyszłam na podwórko i szybkim ruchem otworzyłam drzwi do stajni stojącej naprzeciwko domu i sięgnęłam po karmę dla psów. Na zewnątrz mój żywiołowy szczeniak, Baton już czekał na swoją wieczorną porcję jedzenia. Był to chyba najpiękniejszy pies na świecie, rasy owczarek australijski. Nasypałam mu trochę chrupek, po czym wróciłam do stajni, gdzie przy swojej misce śpiewały głodne koty. Wlałam im mleko, wsypałam karmę i poszłam do kurnika. Robiło się ciemno, więc po nakarmieniu kur od razu je zamknęłam.
Na dworze było bardzo przyjemnie. Otuliłam się bardziej swoim szarym swetrem i patrzyłam na zimnokrwiste konie sąsiadów. Były tak daleko, że ciężko mi było rozpoznać, gdzie jest głowa a gdzie zad. Ale i tak ten widok napawał mnie szczęściem.
Lato jest cudowne, a zwłaszcza wieczory. Słońce już tak nie praży, wiatr przyjemnie smaga po twarzy i przypomina o zbliżającej się, krótkiej nocy. Po chwili poczułam, że coś bije mnie w nogę. Baton zakomunikował, że właśnie zjadł swój posiłek i ma ochotę się ze mną pobawić. Ale ja nie miałam na to siły. Cały dzień w łóżku dawał się we znaki i poczułam się bardziej zmęczona niż wyspana. Wróciłam do domu i weszłam po schodach do swojego pokoju. Podobało mi się, jak był urządzony; ściany pomalowane na fioletowo i biało, ciemna podłoga, jasne meble i ogromne łóżko. Wszędzie wisiały zdjęcia koni na pastwisku i mnie podczas jazdy. Bardzo lubiłam na nie patrzeć, bo przypominały mi o dzieciństwie. Często jeździłam do stajni razem z moją babcią. To wszystko skończyło się, gdy ona umarła a ja zaczęłam chodzić do szkoły. Czasem się zastanawiam, czy byłabym w stanie znowu zaprzyjaźnić się z tymi zwierzętami. W końcu ostatni raz na koniu siedziałam sześć lat temu. Nie potrafię już jeździć. Ale gdy patrzę na te zimnokrwiste konie sąsiadów, ogarnia mnie tęsknota.
Usiadłam przy biurku i wyjęłam swój szkicownik. Dawno do niego nie zaglądałam. Były tam piękne rysunki zwierząt; koty, liżące swoje futro, psy ganiające właścicieli i przede wszystkim one – niezwykłe i smukłe konie, galopujące na wolności dzikie mustangi, niewiarygodnie pięknie i nieujarzmione. A na następnych stronach araby na pokazach, folbluty na wyścigach, szetlandy na pastwiskach. Znalazłam w końcu czystą stronę i zaczęłam rysować konie sąsiadów. Potężne głowy, długie nogi i muskularny zad. Skończone. Dwa młode ogiery, z ciekawością spoglądające na osiem pięknych klaczy po drugiej stronie ogrodzenia. Wyrwałam kartkę z zeszytu i przyczepiłam pinezką do tablicy korkowej wiszącej nad biurkiem. Kolejne moje małe dzieło sztuki ozdobiło mój pokój.
Przez te konie i szkicownik poczułam, że to jest to. Głupim wymysłem z mojej strony było skończenie z jazdą konną! W tamtej chwili wiedziałam, że muszę znowu usiąść w siodle. Nie miałam jednak możliwości...
Mimo tego coś we mnie krzyczało „zrób to”. Postanowiłam więc poszukać swój stary strój jeździecki. Może będzie w dobrym stanie i będę mogła go sprzedać? Byłby to fajny początek. Wyrzuciłam połowę ubrań z szafy, ale po bryczesach nie było śladu. Pomyślałam już, że może mama się ich pozbyła, kiedy zobaczyłam ten kolor. Piękny pudrowy róż. Tak, to na pewno były moje stare bryczesy, nie miałam żadnych innych ubrań w takim kolorze. Są! Sięgnęłam ręką i energicznym ruchem wyjęłam z szafy karton. W środku były bryczesy, fioletowa koszulka i małe sztyblety oraz połamany palcat. Uśmiechnęłam się. Przejechałam dłonią po czarnej skórze, buty były trochę brudne, ale mimo to nadawały się do użytku. Muszę to wszystko sprzedać. Chcę powrócić do jazdy konnej. To było głupie z mojej strony zaprzestawać uczęszczania do szkółki jeździeckiej. Może gdybym nie przestała, teraz w stajni trzymałabym konia zamiast czterech kotów?
Zmierzyłam bryczesy i zapisałam na małej karteczce wymiary. Sztyblety miały rozmiar dwadzieścia dziewięć, były malutkie. Przejechałam po nich szmatką i ich dawny blask od razu powrócił. Myślę, że uda mi się sprzedać spodnie za czterdzieści pięć, a buty może za siedemdziesiąt, wtedy razem będę mieć sto piętnaście dolarów, na pewno wystarczy na jakiś używany strój. A potem będę mogła wrócić do jazdy! Starannie zapakowałam ubranie i odłożyłam je na biurko. Poczułam motylki w brzuchu. Naprawdę to robię! Jutro spytam rodziców, co o tym wszystkim sądzą. Na pewno się zdziwią. A jak im wytłumaczę, że zrozumiałam, iż bez tego nie potrafię żyć, z pewnością będą mi kazali poszukać jakiejś dobrej szkółki. Żeby jutro być w stu procentach przygotowaną na przedstawienie rodzicom swoich planów, zrobię to od razu. Włączyłam laptopa i zaczęłam wyszukiwać w internecie stadniny w mojej okolicy. Zapisałam sobie na kartce cztery najbliższe i wpisywałam po kolei ich nazwy, żeby wyszukać więcej informacji o nich. Jedna szczególnie przykuła moją uwagę. Nazywała się Wiśniowa Dolina i znajdowała się jedenaście kilometrów od mojego domu. Nie wiedziałam, że jakaś stajnia leży aż tak blisko mnie! Przejrzałam zdjęcia, które zamieszczone były na ich stronie internetowej, i zrobiły na mnie duże wrażenie. Ogromne pastwiska, jeziorka, lasy, góry, to wszystko należało do Wiśniowej Doliny! Mieli także bardzo dużą halę, maneż i okólnik, trzy piękne stajnie, z czego w jednej stały konie sportowe, w drugiej prywatne i dzierżawione a w trzeciej, zdecydowanie największej, konie szkółkowe. Były trzy prysznice, trzy duże siodlarnie, a także karuzela. Przy domu właścicielki znajdowała się świetlica dla jeźdźców, świetnie urządzona, z lodówką, telewizorem, kanapą... Jednym słowem, ta stadnina była nieziemska! Bałam się tylko spojrzeć na cennik. Pomyślałam, że takie miejsce musi być drogie. Kliknęłam w końcu na zakładkę z cenami, zrobiło mi się słabo, ale gdy ujrzałam kwotę trzydziestu dolarów za godzinę lekcji, oniemiałam z wrażenia. Niemożliwe! Pomyślałam, że zdjęcia dawno nie były aktualizowane, i teraz to zwykła rudera, ale niedawno napisane opinie mówiły co innego. Ludzie pisali, że stajnia jest świetna, tania i bardzo piękna, oni też nie wierzyli w tak niską cenę za lekcję jazdy. Podobno właścicielka, Grace, jest bardzo miła i pozwala nawet jeździć w zamian za pracę w stajni. Tego się nie spodziewałam. Rodzice nie mogą się nie zgodzić, muszę tam pojechać i na własne oczy zobaczyć, czy to wszystko prawda. Zapisałam numer do Grace i wskazówki, jak tam dojechać. Nie mogę się doczekać, aż powiem o tym mamie i tacie.
Wyjrzałam na zewnątrz. Na dworze było już ciemno, a przez otwarte okno wlewał się do pokoju chłód wieczoru. Zamknęłam je i schowałam się pod kocem. Byłam taka podekscytowana. Już zaczęłam marzyć, że będę się przyjaźnić z Grace, że będę w klubie jeździeckim, że będę mieć najlepsze konie! Uśmiechnięta w końcu zasnęłam.
Ciekawy początek, zobaczymy co bedzie dalej
OdpowiedzUsuńDziękuję:)
Usuń