niedziela, 30 sierpnia 2015

Rozdział czwarty

Przeczesałam jeszcze parę razy sierść Avanti szczotką i odłożyłam rzeczy do skrzynki. Nagle usłyszałam na korytarzu kroki.
-Jesteś zadowolona z jazdy? -Spytała Grace, z tym swoim czarującym uśmiechem. 
-Nawet nie wiesz jak bardzo, dawno nie miałam takiej frajdy! -Zachichotałam.- Jedyne, co mi przeszkadza to ból w pośladkach.
-Przyzwyczaisz się. Razem z twoim tatą dogadaliśmy się, jeśli chodzi o twoje jazdy. Diana mówiła ci, że u nas można jeździć za pracę w stajni?
-Tak i miałam cię o to spytać po lekcji -powiedziałam.
-Dobrze, a więc jeśli ci to będzie pasować, to myślę, że możemy się umówić na dwa dni pracy i jedną jazdę w tygodniu, co ty na to?
-Jasne, nie ma problemu, w wakacje i tak za wiele nie robię -przyznałam.
-W takim razie zadzwoń, jak będziesz chciała przyjechać.
-Dobrze.
-Ellie, witamy w Wiśniowej Dolinie -podała mi rękę, a ja odwzajemniłam jej uścisk.


-I jak było, córcia? -Spytała mama, gdy już dotarliśmy z tatą do domu.- Podobało ci się?
-Było bardzo fajnie, nawet sobie nie wyobrażasz, jakie to uczucie, gdy po raz pierwszy  od tylu lat siedzisz na koniu. 
Zaczęłam opowiadać wszystko z entuzjazmem, jedząc jednocześnie winogrona. 
-Po twojej reakcji zakładam, że to nie była ostatnia jazda -powiedziała mama z tajemniczym uśmiechem.
-Ależ skąd! Grace powiedziała, że mam zadzwonić jak będę chciała przyjechać. Powiedziała też, że mogę jeździć za darmo, jeśli dwa dni w tygodniu u niej popracuję.
-To super -odrzekła, wciąż z tym uśmiechem.
-Wiem -przytaknęłam.- Mamo, mam wrażenie, że coś ukrywasz.
-Skąd ci to przyszło do głowy? -Mama próbowała zachować powagę, jednak jej usta nadal lekko się wykrzywiały. Pokazałam rządek białych zębów, po czym udałam się do swojego pokoju. 
 Ubrania, które miałam dziś na sobie w stajni wrzuciłam do pralki tuż po powrocie. Podeszłam do szafy i przejrzałam moje rzeczy. Stwierdziłam, że następnym razem pojadę w dżinsach i trampkach, ponieważ będę sprzątać w stajni. Wyjęłam spodnie i położyłam na łóżku. 
 Na biurku nadal leżał mój szkicownik, otworzyłam go na pierwszej wolnej stronie. Chwilę zastanawiałam się, co narysować. 
 Piękne, smukłe konie powoli nabierały kształtu na kartce. Po kilku minutach pierwszy, największy, prowadził stado, które biegło za nim posłusznie. Mnóstwo kopytnych na jednym rysunku, takich niesamowitych, galopujących między pagórkami... Nawet rysunek nie oddawał tego, co czułam, gdy widziałam je na żywo. To był naprawdę wspaniały widok, którego nie zapomnę przez długi czas.
 Na następnej stronie postanowiłam uwiecznić widok z grzbietu Avanti – choć nie było to łatwe, po godzinie miałam niemal idealny rysunek. Palce delikatnie oplatały wodze i kawałek grzywy, a tuż za nimi był czaprak i siodło. Do ogłowia przyczepiona była lonża, rysunek kończył się właśnie na niej. Następnym, co mi przyszło do głowy była Diana. Kolejna kartka i ołówek znowu poszedł w ruch. Diana, z tym powalającym uśmiechem, a za nią stojący grzecznie Hugo. 



3 lata później

To była ta chwila, moja chwila. Odliczałam sekundy, czekałam na dzwonek. Wciągnęłam do płuc powietrze. Odizolowałam się od wszystkich dźwięków, jedynym, co słyszałam, było bicie mojego serca, bardzo mocne bicie. Dzwonek. Wypuściłam powietrze i popędziłam konia. Jednak tuż przed pierwszą przeszkodą on... potknął się. Przeleciałam nad okserem, a wierzchowiec leżał, z nogami wykrzywionymi pod niemożliwym kątem. Wstałam z trudem i powoli podeszłam do niego, stwierdzając z przerażeniem, że tym koniem była Avanti... Nagle zobaczyłam, jak koń podnosi się i...
 Obudziłam się.
Koszulka przykleiła się do moich spoconych pleców. Boże, co to było? Zaraz, miałam już kiedyś ten sen... Tak! Trzy lata temu, kiedy zaczęłam znowu jeździć konno. Tylko dlaczego znowu mi się śni? I co najważniejsze – dlaczego to Avanti była tym koniem?
 Wzięłam szybki prysznic i ubrałam się w krótkie spodenki. Ten tydzień był naprawdę upalny. Zeszłam po schodach od razu do kuchni. Po chwili weszła tam również mama.
-Wcześnie dziś wstałaś, Ellie -powiedziała, próbując ukryć uśmiech.
-Miałam koszmar. 
-O czym?
-Jechałam na koniu, mieliśmy wypadek...
-Może to przepowiednia? -Powiedziała i zaczęła zmywać naczynia.
-Co? -Spytałam zdezorientowana.
-Nic -przestałam dopytywać, uznałam, że tak jej się tylko powiedziało.
-Co na śniadanie? -Spytałam. Burczało mi już w brzuchu.
-Nie wiem, tata dzisiaj robi -odpowiedziała, dziwnie wesoła. Deja vu?
-Tata? A gdzie on jest?
-Chyba na podwórku. Albo w stajni, nie wiem.
Poszłam go poszukać. Musiałam go spytać, kiedy zacznie robić śniadanie, bo miałam wrażenie, że zaraz zemdleję z głodu. Ubrałam buty, wyszłam na dwór i... stanęłam na środku jak wryta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz