Dzień ciągnął się bardzo długo. Co chwilę patrzyłam na zegarek i nie mogłam skupić się na żadnej rzeczy. Myślałam tylko o tym, że chciałabym już jechać do stajni. Poszłam na podwórko pobawić się z psem, ale po paru minutach wróciłam do domu sprawdzić godzinę, następnie, gdy już wiedziałam, ile dokładnie zostało mi do wyjazdu, poszłam do stajni poszukać kotów. Jakiś czas później stwierdziłam, że lepiej będzie, jak sprawdzę godzinę. Była piętnasta trzydzieści. Oh, więc czas najwyższy zacząć się przygotowywać. Wzięłam szybki prysznic, umyłam zęby, przebrałam się w mój „strój jeździecki” i zabrałam portfel. Dochodziła szesnasta. Zbiegłam po schodach do kuchni i zaczęłam grzebać po szafkach. Usłyszałam za plecami głos mamy.
-Czego szukasz?
-Kostek cukru. Wzięłabym trochę dla koni.
-Aha, cukier jest u góry -powiedziała i podała mi go. Podziękowałam i wyszłam z kuchni. Tata już czekał przy samochodzie. Wsiadłam do niego, i po raz kolejny tego dnia spojrzałam na zegarek. Równo szesnasta. Zdążymy.
Jazda trwała jakieś piętnaście minut. Zorientowałam się, że dojeżdżamy, gdy po obu stronach drogi zauważyłam rosnące drzewa wiśni. A więc dlatego tak się nazywa to miejsce! Po prawej stronie po pastwisku zauważyłam stado pięknych, biegnących koni, a po lewej las z wysokimi drzewami. Pomyślałam, że cudownie byłoby udać się tam w teren. Z rozmyślania wyciągnął mnie głos taty.
-Jesteśmy.
Nagle poczułam, że chcę wrócić do domu. Co ja tu robię? Ubzdurałam sobie, że chcę jeździć konno, a teraz jest już za późno na powrót do domu...
Stresowałam się. Może jednak poproszę tatę, żebyśmy zawrócili i zapomnieli o całej sprawie? No ale przecież Grace na mnie czeka... Właśnie, Grace! Ujrzałam ją idącą w naszą stronę, w brązowych bryczesach i koszulce tego samego koloru z logo szkółki.
-Dzień dobry! -Powiedziała podchodząc do nas i wyciągnąwszy rękę uściskała nam dłonie.- Jestem Grace Figlenorth, witam w mojej stadninie.
-Dzień dobry -przywitałam się. Chciałam coś dodać, ale tata mi przeszkodził.
-Witam, jestem Lewis Carter. Ellie wczoraj powiedziała mi o tym miejscu i postanowiliśmy przyjechać -zakończył.
-Dobrze, zapraszam was więc do stajni -powiedziała, pokazując nam swoje śnieżnobiałe zęby i zrobiła ruch ręką, nakazujący nam iść za nią. Starałam się być jak najbliżej Grace, a tata szedł tuż obok.
-Jeździłaś kiedyś? -Spytała mnie.
-Tak, jak miałam siedem lat.
-No, to sporo czasu minęło. Pewnie byś chciała wsiąść na lonżę?
-O tak, lonża to zdecydowanie dobry pomysł -zgodziłam się.
Weszliśmy do naprawdę obszernej stajni. Po obu stronach w boksach stały konie wszelkiej maści i rasy. Były przepiękne! Tu haflinger, tu arab, tu folblut... Zdecydowanie więcej było gniadoszy i kasztanków niż siwków. W kilku boksach swoje wierzchowce czyściły dziewczyny, zapewne zaraz miały jazdę. Zastanawiałam się, kto będzie ją prowadził? Miałam tylko nadzieję, że Grace zajmie się mną.
Doszliśmy do boksu siwej klaczy, jedenastoletniej Avanti. Z tabliczki wyczytałam, że to czysta krew arabska.
-To będzie twój wierzchowiec, na którym będziesz uczyć się jazdy. Jest to koń – profesor, idealny dla ciebie -uśmiechnęła się do mnie tym swoim pięknym uśmiechem. Ucieszyłam się, że będę jeździć na tym wyjątkowym koniu. Chyba zakocham się w tej rasie.
-Zaraz weźmiemy ci tu kogoś do pomocy -powiedziała, po czym zniknęła za rogiem. Po chwili wróciła z śliczną brunetką, chyba w moim wieku.- Przedstawiam ci Dianę, należy do klubu jeździeckiego, właśnie skończyła jazdę, pomoże ci oporządzić konia i zaprowadzi cię na halę.
Diana podeszła do mnie. Miała okrągłą twarz i włosy w kolorze czekolady, w ogóle wyglądała jak czekolada.
-Cześć -podała mi rękę. Uśmiech miała tak samo piękny jak Grace. Czy to jej córka?
-Cześć, jestem Ellie -przedstawiłam się.
-Dobrze -Grace spojrzała na nieduży zegar na ścianie.- O siedemnastej spotkamy się na hali, a ja tymczasem pójdę oprowadzić twojego tatę po stadninie.
Trochę mi ulżyło, że będę sama z Dianą, wyglądała na sympatyczną. Weszłyśmy razem do boksu, skrzynka ze szczotkami stała przy boksie, a siodła wisiały na haku na równoległej ścianie. Zastanawiałam się, jak zacząć rozmowę, ale nic nie przychodziło mi do głowy, więc czyściłyśmy konia w milczeniu. Nagle Diana spytała:
-Jeździsz konno?
-Jeździłam -odpowiedziałam. Zdążyłam się już wyluzować.- Jak miałam siedem lat.
-A teraz ile masz?
-Trzynaście.
-To tak samo jak ja -uśmiechnęła się. Przypomniało mi się coś.
-Jesteś córką Grace? -Spytałam ją cichym głosem, zastanawiając się, czy nie powiedziałam za dużo.
-Nie! -Zaśmiała się jeszcze głośniej. Trochę się zawstydziłam, chociaż czułam, że jej to w żaden sposób nie uraziło.
-Przepraszam, po prostu tak samo się uśmiechacie, wybacz.
-Spokojnie -powiedziała, pokazując rządek idealnie równych zębów.- Dużo czasu z nią spędzam.
To wyznanie sprawiło, że poczułam się ośmielona.
-Jak długo jeździsz konno? -Spytałam.
-Hm, od pięciu, sześciu lat? Już dokładnie nie pamiętam. Ale zanim trafiłam tutaj, jeździłam w kilku innych stajniach.
-I jak tam było? Chyba niezbyt dobrze, skoro się przeniosłaś.
-No... W pierwszej jeździłam około roku, praktycznie cały czas na lonży. Moja „trenerka” mówiła, że nie jestem gotowa na samodzielną jazdę, co skutkowało tym, że po jedenastu miesiącach regularnej jazdy nadal nie zeszłam z tej lonży.
To było przykre. Dawała się tak robić w konia przez rok? Kupa zmarnowanych pieniędzy. Ciekawe, czy tamta stajnia nadal istnieje.
-Gdy tata się zorientował, że coś jest nie tak, od razu zmieniłam stajnię. W następnej było całkiem fajnie, tyle tylko, że zbankrutowali. Potem w końcu trafiłam tutaj. I tak od trzech lat jestem stałą bywalczynią Wiśniowej Doliny, a od dwóch członkiem klubu jeździeckiego.
-Ja znalazłam tą stajnię dwa dni temu. Nawet nie wiesz, jak się zdziwiłam, gdy zobaczyłam najpierw zdjęcia, a potem cennik -zaśmiałam się.
-Oj wiem, sama byłam zaskoczona. Zresztą jak każdy. Ale Grace nie lubi gdy się o tym mówi. Na początku była dumna, ale słyszała to już tyle razy, że zaczęło ją irytować.
Zamyśliłam się. Czy to możliwe, żeby denerwować się z powodu komplementów? Ale po chwili zrozumiałam, że tak. Ludzie nie wierzyli w to, co było na stronie internetowej i uważali pewnie, że Grace to oszustka.
-A co sądzisz o tym miejscu? -Diana zmieniła temat.- Podoba ci się?
-No cóż, na razie byłam tylko tu, w stajni. Ale wydaję mi się, że cała stadnina jest oszałamiająca.
-O tak, ale poczekaj, aż pojedziesz w teren. Tam to są dopiero cuda!
Dalej czyściłyśmy w milczeniu. Było przyjemnie, Avanti była bardzo spokojna, skubała sianko i nie zwracała na nas uwagi. Nagle z boksów zaczęły wychodzić po kolei dziewczyny, ciągnąc za sobą osiodłane konie.
-Gdzie idą? -Spytałam zaciekawiona.
-One? Będą jeździć na maneżu. -Powiedziała i spojrzała na zegar- a ty za dziesięć minut będziesz jeździć na hali.
To powiedziawszy, sięgnęła po siodło i podała mi czaprak. Narzuciłam go na grzbiet konia, po czym położyłam na nim siodło. Dzień wcześniej trochę czytałam o siodłaniu. Zapięłam popręg, przełożyłam wodze przez szyję Avanti i się zatrzymałam.
-Nie wiem co dalej -powiedziałam, lekko zestresowana.
-Pomogę ci -na to liczyłam.- Spójrz, kładziesz wędzidło na dłoni i podtykasz jej pod nos.
Klacz posłusznie otworzyła pysk, a Diana założyła ogłowie i zapięła podgardle. Dochodziła siedemnasta.
-A teraz zdejmij jej wodze z szyi i złap tuż pod pyskiem -powiedziała.
-Dziękuję ci za pomoc -uśmiechnęłam się.
-Oj, jakie dziękuję! Tak szybko się mnie nie pozbędziesz -zaśmiała się.- Zaprowadzę cię na halę i przygotuję na jazdę.
Szła przodem, ja posłusznie dreptałam za nią, trzymając konia w jednej i kask w drugiej ręce. We trójkę wyszłyśmy ze stajni i skręciłyśmy w prawo. Szłyśmy chodnikiem pod górkę, w stronę naprawdę dużej hali. Po lewej znajdował się maneż, a pięć dziewczyn, które wychodziły przed nami, teraz stępowały po ogromnym kółku. Ustawione było kilka przeszkód, chyba będą skakać. Chciałabym to zobaczyć na żywo!
-Będą skakały przez te przeszkody? -Spytałam Grace.
-Tak. Ale nie martw się, zawsze robią jeszcze jedno okrążenie na koniec, na pewno zdążysz.
-A ile to jest centymetrów?
-Hm, chyba siedemdziesiąt pięć -powiedziała. Siedemdziesiąt pięć! Naprawdę mi to zaimponowało.
-Wow! To całkiem sporo.
Szłyśmy dalej. Diana rozsunęła drzwi i weszłyśmy na halę. Od wewnątrz wydawała się jeszcze większa! Na piasku nie było żadnych drążków, wszystkie leżały w odgrodzonej części budynku. Diana podeszła do niedużego stolika stojącego nieopodal i wzięła z niego lonżę oraz długi bat. Pokazała mi ruchem ręki, żebym podprowadziła konia na środek hali. Podeszła do mnie ze stołkiem i ustawiła go tuż przy nogach Avanti. Weszłam na niego, a potem wsunęłam lewą stopę w strzemię i przerzuciłam prawą nogę nad siodłem.
Na koniu siedziałam pierwszy raz od sześciu lat. To uczucie było nieziemskie! Pogładziłam Avanti po szyi i poczułam, jak przez moje ciało przepływa przyjemne ciepło.
-I jak? -Spytała mnie Diana. Właśnie podpinała lonżę do ogłowia.
-Nawet sobie nie wyobrażasz! Tak dawno nie siedziałam na koniu. Dziwnie się czuję.
-Przyzwyczaisz się. Jak często zamierzasz jeździć?
-Chciałabym regularnie, raz w tygodniu najlepiej.
-A wiesz, że możesz jeździć za pomoc w stajni? -Powiedziała.- Grace pozwala tak jeździć parę razy w miesiącu, jeśli co parę dni uprzątniesz boksy, nakarmisz konie. Takie typowe prace stajennego.
-Byłoby cudownie.
Diana poinstruowała mnie, jak trzymać wodze i ustawić nogi, po czym odpędziła konia na długość lonży i pomachała za nim batem. Mówiła mi różne polecenia, na przykład kazała mi dotknąć prawą ręką lewe ucho klaczy i na odwrót lub pokazywała, jak anglezować. W końcu zjawiła się Grace z tatą, a kobieta przejęła lonżę.
Godzinę później byłam w stajni z Dianą i razem oporządzałyśmy Avanti po jeździe.
-Cieszę się, że tu przyjechałaś -powiedziała z uśmiechem.- Ale zaraz będę musiała cię zostawić, bo jadę w teren do lasu.
-Jakie to musi być niezwykłe uczucie, tak jechać między drzewami i galopować na łąkach! -Powiedziałam z zachwytem.
-Nawet nie wiesz jak bardzo -Uśmiechnęła się. Dziewczyna wyszła z boksu i zniknęła za ścianą, by po chwili pokazać się z pięknym, myszatym wałachem.
-To mój koń, Hugo.
Podeszłam do drzwiczek i wystawiłam rękę, żeby pogłaskać tego niezwykłego konia.
-Ale cudowny -powiedziałam z uznaniem.- Co to za rasa?
-To irish draught -powiedziała nadal uśmiechnięta Diana.- Niestety muszę już iść, zaraz wyjeżdżamy.
-Okej, i dziękuję ci za pomoc! -Krzyknęłam do dziewczyny, która już się odwróciła i zaczęła iść w stronę wyjścia.
-Nie ma sprawy! -Odkrzyknęła.