niedziela, 30 sierpnia 2015

Rozdział czwarty

Przeczesałam jeszcze parę razy sierść Avanti szczotką i odłożyłam rzeczy do skrzynki. Nagle usłyszałam na korytarzu kroki.
-Jesteś zadowolona z jazdy? -Spytała Grace, z tym swoim czarującym uśmiechem. 
-Nawet nie wiesz jak bardzo, dawno nie miałam takiej frajdy! -Zachichotałam.- Jedyne, co mi przeszkadza to ból w pośladkach.
-Przyzwyczaisz się. Razem z twoim tatą dogadaliśmy się, jeśli chodzi o twoje jazdy. Diana mówiła ci, że u nas można jeździć za pracę w stajni?
-Tak i miałam cię o to spytać po lekcji -powiedziałam.
-Dobrze, a więc jeśli ci to będzie pasować, to myślę, że możemy się umówić na dwa dni pracy i jedną jazdę w tygodniu, co ty na to?
-Jasne, nie ma problemu, w wakacje i tak za wiele nie robię -przyznałam.
-W takim razie zadzwoń, jak będziesz chciała przyjechać.
-Dobrze.
-Ellie, witamy w Wiśniowej Dolinie -podała mi rękę, a ja odwzajemniłam jej uścisk.


-I jak było, córcia? -Spytała mama, gdy już dotarliśmy z tatą do domu.- Podobało ci się?
-Było bardzo fajnie, nawet sobie nie wyobrażasz, jakie to uczucie, gdy po raz pierwszy  od tylu lat siedzisz na koniu. 
Zaczęłam opowiadać wszystko z entuzjazmem, jedząc jednocześnie winogrona. 
-Po twojej reakcji zakładam, że to nie była ostatnia jazda -powiedziała mama z tajemniczym uśmiechem.
-Ależ skąd! Grace powiedziała, że mam zadzwonić jak będę chciała przyjechać. Powiedziała też, że mogę jeździć za darmo, jeśli dwa dni w tygodniu u niej popracuję.
-To super -odrzekła, wciąż z tym uśmiechem.
-Wiem -przytaknęłam.- Mamo, mam wrażenie, że coś ukrywasz.
-Skąd ci to przyszło do głowy? -Mama próbowała zachować powagę, jednak jej usta nadal lekko się wykrzywiały. Pokazałam rządek białych zębów, po czym udałam się do swojego pokoju. 
 Ubrania, które miałam dziś na sobie w stajni wrzuciłam do pralki tuż po powrocie. Podeszłam do szafy i przejrzałam moje rzeczy. Stwierdziłam, że następnym razem pojadę w dżinsach i trampkach, ponieważ będę sprzątać w stajni. Wyjęłam spodnie i położyłam na łóżku. 
 Na biurku nadal leżał mój szkicownik, otworzyłam go na pierwszej wolnej stronie. Chwilę zastanawiałam się, co narysować. 
 Piękne, smukłe konie powoli nabierały kształtu na kartce. Po kilku minutach pierwszy, największy, prowadził stado, które biegło za nim posłusznie. Mnóstwo kopytnych na jednym rysunku, takich niesamowitych, galopujących między pagórkami... Nawet rysunek nie oddawał tego, co czułam, gdy widziałam je na żywo. To był naprawdę wspaniały widok, którego nie zapomnę przez długi czas.
 Na następnej stronie postanowiłam uwiecznić widok z grzbietu Avanti – choć nie było to łatwe, po godzinie miałam niemal idealny rysunek. Palce delikatnie oplatały wodze i kawałek grzywy, a tuż za nimi był czaprak i siodło. Do ogłowia przyczepiona była lonża, rysunek kończył się właśnie na niej. Następnym, co mi przyszło do głowy była Diana. Kolejna kartka i ołówek znowu poszedł w ruch. Diana, z tym powalającym uśmiechem, a za nią stojący grzecznie Hugo. 



3 lata później

To była ta chwila, moja chwila. Odliczałam sekundy, czekałam na dzwonek. Wciągnęłam do płuc powietrze. Odizolowałam się od wszystkich dźwięków, jedynym, co słyszałam, było bicie mojego serca, bardzo mocne bicie. Dzwonek. Wypuściłam powietrze i popędziłam konia. Jednak tuż przed pierwszą przeszkodą on... potknął się. Przeleciałam nad okserem, a wierzchowiec leżał, z nogami wykrzywionymi pod niemożliwym kątem. Wstałam z trudem i powoli podeszłam do niego, stwierdzając z przerażeniem, że tym koniem była Avanti... Nagle zobaczyłam, jak koń podnosi się i...
 Obudziłam się.
Koszulka przykleiła się do moich spoconych pleców. Boże, co to było? Zaraz, miałam już kiedyś ten sen... Tak! Trzy lata temu, kiedy zaczęłam znowu jeździć konno. Tylko dlaczego znowu mi się śni? I co najważniejsze – dlaczego to Avanti była tym koniem?
 Wzięłam szybki prysznic i ubrałam się w krótkie spodenki. Ten tydzień był naprawdę upalny. Zeszłam po schodach od razu do kuchni. Po chwili weszła tam również mama.
-Wcześnie dziś wstałaś, Ellie -powiedziała, próbując ukryć uśmiech.
-Miałam koszmar. 
-O czym?
-Jechałam na koniu, mieliśmy wypadek...
-Może to przepowiednia? -Powiedziała i zaczęła zmywać naczynia.
-Co? -Spytałam zdezorientowana.
-Nic -przestałam dopytywać, uznałam, że tak jej się tylko powiedziało.
-Co na śniadanie? -Spytałam. Burczało mi już w brzuchu.
-Nie wiem, tata dzisiaj robi -odpowiedziała, dziwnie wesoła. Deja vu?
-Tata? A gdzie on jest?
-Chyba na podwórku. Albo w stajni, nie wiem.
Poszłam go poszukać. Musiałam go spytać, kiedy zacznie robić śniadanie, bo miałam wrażenie, że zaraz zemdleję z głodu. Ubrałam buty, wyszłam na dwór i... stanęłam na środku jak wryta.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Rozdział trzeci

Dzień ciągnął się bardzo długo. Co chwilę patrzyłam na zegarek i nie mogłam skupić się na żadnej rzeczy. Myślałam tylko o tym, że chciałabym już jechać do stajni. Poszłam na podwórko pobawić się z psem, ale po paru minutach wróciłam do domu sprawdzić godzinę, następnie, gdy już wiedziałam, ile dokładnie zostało mi do wyjazdu, poszłam do stajni poszukać kotów. Jakiś czas później stwierdziłam, że lepiej będzie, jak sprawdzę godzinę. Była piętnasta trzydzieści. Oh, więc czas najwyższy zacząć się przygotowywać. Wzięłam szybki prysznic, umyłam zęby, przebrałam się w mój „strój jeździecki” i zabrałam portfel. Dochodziła szesnasta. Zbiegłam po schodach do kuchni i zaczęłam grzebać po szafkach. Usłyszałam za plecami głos mamy.
-Czego szukasz?
-Kostek cukru. Wzięłabym trochę dla koni. 
-Aha, cukier jest u góry -powiedziała i podała mi go. Podziękowałam i wyszłam z kuchni. Tata już czekał przy samochodzie. Wsiadłam do niego, i po raz kolejny tego dnia spojrzałam na zegarek. Równo szesnasta. Zdążymy. 
 Jazda trwała jakieś piętnaście minut. Zorientowałam się, że dojeżdżamy, gdy po obu stronach drogi zauważyłam rosnące drzewa wiśni. A więc dlatego tak się nazywa to miejsce! Po prawej stronie po pastwisku zauważyłam stado pięknych, biegnących koni, a po lewej las z wysokimi drzewami. Pomyślałam, że cudownie byłoby udać się tam w teren. Z rozmyślania wyciągnął mnie głos taty.
-Jesteśmy.
Nagle poczułam, że chcę wrócić do domu. Co ja tu robię? Ubzdurałam sobie, że chcę jeździć konno, a teraz jest już za późno na powrót do domu...
Stresowałam się. Może jednak poproszę tatę, żebyśmy zawrócili i zapomnieli o całej sprawie? No ale przecież Grace na mnie czeka... Właśnie, Grace! Ujrzałam ją idącą w naszą stronę, w brązowych bryczesach i koszulce tego samego koloru z logo szkółki. 
-Dzień dobry! -Powiedziała podchodząc do nas i wyciągnąwszy rękę uściskała nam dłonie.- Jestem Grace Figlenorth, witam w mojej stadninie. 
-Dzień dobry -przywitałam się. Chciałam coś dodać, ale tata mi przeszkodził.
-Witam, jestem Lewis Carter. Ellie wczoraj powiedziała mi o tym miejscu i postanowiliśmy przyjechać -zakończył. 
-Dobrze, zapraszam was więc do stajni -powiedziała, pokazując nam swoje śnieżnobiałe zęby i zrobiła ruch ręką, nakazujący nam iść za nią. Starałam się być jak najbliżej Grace, a tata szedł tuż obok. 
-Jeździłaś kiedyś? -Spytała mnie.
-Tak, jak miałam siedem lat.
-No, to sporo czasu minęło. Pewnie byś chciała wsiąść na lonżę?
-O tak, lonża to zdecydowanie dobry pomysł -zgodziłam się. 
Weszliśmy do naprawdę obszernej stajni. Po obu stronach w boksach stały konie wszelkiej maści i rasy. Były przepiękne! Tu haflinger, tu arab, tu folblut... Zdecydowanie więcej było gniadoszy i kasztanków niż siwków. W kilku boksach swoje wierzchowce czyściły dziewczyny, zapewne zaraz miały jazdę. Zastanawiałam się, kto będzie ją prowadził? Miałam tylko nadzieję, że Grace zajmie się mną. 
Doszliśmy do boksu siwej klaczy, jedenastoletniej Avanti. Z tabliczki wyczytałam, że to czysta krew arabska. 
-To będzie twój wierzchowiec, na którym będziesz uczyć się jazdy. Jest to koń – profesor, idealny dla ciebie -uśmiechnęła się do mnie tym swoim pięknym uśmiechem. Ucieszyłam się, że będę jeździć na tym wyjątkowym koniu. Chyba zakocham się w tej rasie.
-Zaraz weźmiemy ci tu kogoś do pomocy -powiedziała, po czym zniknęła za rogiem. Po chwili wróciła z śliczną brunetką, chyba w moim wieku.- Przedstawiam ci Dianę, należy do klubu jeździeckiego, właśnie skończyła jazdę, pomoże ci oporządzić konia i zaprowadzi cię na halę.
Diana podeszła do mnie. Miała okrągłą twarz i włosy w kolorze czekolady, w ogóle wyglądała jak czekolada. 
-Cześć -podała mi rękę. Uśmiech miała tak samo piękny jak Grace. Czy to jej córka?
-Cześć, jestem Ellie -przedstawiłam się. 
-Dobrze -Grace spojrzała na nieduży zegar na ścianie.- O siedemnastej spotkamy się na hali, a ja tymczasem pójdę oprowadzić twojego tatę po stadninie.
Trochę mi ulżyło, że będę sama z Dianą, wyglądała na sympatyczną. Weszłyśmy razem do boksu, skrzynka ze szczotkami stała przy boksie, a siodła wisiały na haku na równoległej ścianie. Zastanawiałam się, jak zacząć rozmowę, ale nic nie przychodziło mi do głowy, więc czyściłyśmy konia w milczeniu. Nagle Diana spytała:
-Jeździsz konno?
-Jeździłam -odpowiedziałam. Zdążyłam się już wyluzować.- Jak miałam siedem lat.
-A teraz ile masz?
-Trzynaście.
-To tak samo jak ja -uśmiechnęła się. Przypomniało mi się coś.
-Jesteś córką Grace? -Spytałam ją cichym głosem, zastanawiając się, czy nie powiedziałam za dużo.
-Nie! -Zaśmiała się jeszcze głośniej. Trochę się zawstydziłam, chociaż czułam, że jej to w żaden sposób nie uraziło.
-Przepraszam, po prostu tak samo się uśmiechacie, wybacz.
-Spokojnie -powiedziała, pokazując rządek idealnie równych zębów.- Dużo czasu z nią spędzam. 
To wyznanie sprawiło, że poczułam się ośmielona.
-Jak długo jeździsz konno? -Spytałam.
-Hm, od pięciu, sześciu lat? Już dokładnie nie pamiętam. Ale zanim trafiłam tutaj, jeździłam w kilku innych stajniach. 
-I jak tam było? Chyba niezbyt dobrze, skoro się przeniosłaś.
-No... W pierwszej jeździłam około roku, praktycznie cały czas na lonży. Moja „trenerka” mówiła, że nie jestem gotowa na samodzielną jazdę, co skutkowało tym, że po jedenastu miesiącach regularnej jazdy nadal nie zeszłam z tej lonży.
To było przykre. Dawała się tak robić w konia przez rok? Kupa zmarnowanych pieniędzy. Ciekawe, czy tamta stajnia nadal istnieje.
-Gdy tata się zorientował, że coś jest nie tak, od razu zmieniłam stajnię. W następnej było całkiem fajnie, tyle tylko, że zbankrutowali. Potem w końcu trafiłam tutaj. I tak od trzech lat jestem stałą bywalczynią Wiśniowej Doliny, a od dwóch członkiem klubu jeździeckiego. 
-Ja znalazłam tą stajnię dwa dni temu. Nawet nie wiesz, jak się zdziwiłam, gdy zobaczyłam najpierw zdjęcia, a potem cennik -zaśmiałam się.
-Oj wiem, sama byłam zaskoczona. Zresztą jak każdy. Ale Grace nie lubi gdy się o tym mówi. Na początku była dumna, ale słyszała to już tyle razy, że zaczęło ją irytować.
 Zamyśliłam się. Czy to możliwe, żeby denerwować się z powodu komplementów? Ale po chwili zrozumiałam, że tak. Ludzie nie wierzyli w to, co było na stronie internetowej i uważali pewnie, że Grace to oszustka. 
-A co sądzisz o tym miejscu? -Diana zmieniła temat.- Podoba ci się?
-No cóż, na razie byłam tylko tu, w stajni. Ale wydaję mi się, że cała stadnina jest oszałamiająca. 
-O tak, ale poczekaj, aż pojedziesz w teren. Tam to są dopiero cuda!
Dalej czyściłyśmy w milczeniu. Było przyjemnie, Avanti była bardzo spokojna, skubała sianko i nie zwracała na nas uwagi. Nagle z boksów zaczęły wychodzić po kolei dziewczyny, ciągnąc za sobą osiodłane konie.
-Gdzie idą? -Spytałam zaciekawiona.
-One? Będą jeździć na maneżu. -Powiedziała i spojrzała na zegar- a ty za dziesięć minut będziesz jeździć na hali.
To powiedziawszy, sięgnęła po siodło i podała mi czaprak. Narzuciłam go na grzbiet konia, po czym położyłam na nim siodło. Dzień wcześniej trochę czytałam o siodłaniu. Zapięłam popręg, przełożyłam wodze przez szyję Avanti i się zatrzymałam.
-Nie wiem co dalej -powiedziałam, lekko zestresowana.
-Pomogę ci -na to liczyłam.- Spójrz, kładziesz wędzidło na dłoni i podtykasz jej pod nos.
Klacz posłusznie otworzyła pysk, a Diana założyła ogłowie i zapięła podgardle. Dochodziła siedemnasta. 
-A teraz zdejmij jej wodze z szyi i złap tuż pod pyskiem -powiedziała.
-Dziękuję ci za pomoc -uśmiechnęłam się.
-Oj, jakie dziękuję! Tak szybko się mnie nie pozbędziesz -zaśmiała się.- Zaprowadzę cię na halę i przygotuję na jazdę.
Szła przodem, ja posłusznie dreptałam za nią, trzymając konia w jednej i kask w drugiej ręce. We trójkę wyszłyśmy ze stajni i skręciłyśmy w prawo. Szłyśmy chodnikiem pod górkę, w stronę naprawdę dużej hali. Po lewej znajdował się maneż, a pięć dziewczyn, które wychodziły przed nami, teraz stępowały po ogromnym kółku. Ustawione było kilka  przeszkód, chyba będą skakać. Chciałabym to zobaczyć na żywo!
-Będą skakały przez te przeszkody? -Spytałam Grace.
-Tak. Ale nie martw się, zawsze robią jeszcze jedno okrążenie na koniec, na pewno zdążysz.
-A ile to jest centymetrów? 
-Hm, chyba siedemdziesiąt pięć -powiedziała. Siedemdziesiąt pięć! Naprawdę mi to zaimponowało. 
-Wow! To całkiem sporo. 
Szłyśmy dalej. Diana rozsunęła drzwi i weszłyśmy na halę. Od wewnątrz wydawała się jeszcze większa! Na piasku nie było żadnych drążków, wszystkie leżały w odgrodzonej części budynku. Diana podeszła do niedużego stolika stojącego nieopodal i wzięła z niego lonżę oraz długi bat. Pokazała mi ruchem ręki, żebym podprowadziła konia na środek hali. Podeszła do mnie ze stołkiem i ustawiła go tuż przy nogach Avanti. Weszłam na niego, a potem wsunęłam lewą stopę w strzemię i przerzuciłam prawą nogę nad siodłem. 
 Na koniu siedziałam pierwszy raz od sześciu lat. To uczucie było nieziemskie! Pogładziłam Avanti po szyi i poczułam, jak przez moje ciało przepływa przyjemne ciepło.
-I jak? -Spytała mnie Diana. Właśnie podpinała lonżę do ogłowia.
-Nawet sobie nie wyobrażasz! Tak dawno nie siedziałam na koniu. Dziwnie się czuję. 
-Przyzwyczaisz się. Jak często zamierzasz jeździć? 
-Chciałabym regularnie, raz w tygodniu najlepiej.
-A wiesz, że możesz jeździć za pomoc w stajni? -Powiedziała.- Grace pozwala tak jeździć parę razy w miesiącu, jeśli co parę dni uprzątniesz boksy, nakarmisz konie. Takie typowe prace stajennego.
-Byłoby cudownie.
Diana poinstruowała mnie, jak trzymać wodze i ustawić nogi, po czym odpędziła konia na długość lonży i pomachała za nim batem. Mówiła mi różne polecenia, na przykład kazała mi dotknąć prawą ręką lewe ucho klaczy i na odwrót lub pokazywała, jak anglezować. W końcu zjawiła się Grace z tatą, a kobieta przejęła lonżę.
Godzinę później byłam w stajni z Dianą i razem oporządzałyśmy Avanti po jeździe.
-Cieszę się, że tu przyjechałaś -powiedziała z uśmiechem.- Ale zaraz będę musiała cię zostawić, bo jadę w teren do lasu.
-Jakie to musi być niezwykłe uczucie, tak jechać między drzewami i galopować na łąkach! -Powiedziałam z zachwytem. 
-Nawet nie wiesz jak bardzo -Uśmiechnęła się. Dziewczyna wyszła z boksu i zniknęła za ścianą, by po chwili pokazać się z pięknym, myszatym wałachem.
-To mój koń, Hugo.
Podeszłam do drzwiczek i wystawiłam rękę, żeby pogłaskać tego niezwykłego konia.
-Ale cudowny -powiedziałam z uznaniem.- Co to za rasa?
-To irish draught -powiedziała nadal uśmiechnięta Diana.- Niestety muszę już iść, zaraz wyjeżdżamy.
-Okej, i dziękuję ci za pomoc! -Krzyknęłam do dziewczyny, która już się odwróciła i zaczęła iść w stronę wyjścia.
-Nie ma sprawy! -Odkrzyknęła.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Edit;

Wprowadziłam drobną, ale bardzo istotną zmianę w pierwszym i drugim rozdziale - mianowicie opowiadają one, co działo się w ciągu trzech dni, gdy Ellie miała TRZYNAŚCIE, a nie szesnaście lat.
 O tym, co będzie działo się dalej, w następnych rozdziałach, będą niedługo, zapraszam! :)

sobota, 15 sierpnia 2015

Rozdział drugi

Drugi, króciutki rozdział dodam szybciej, żeby trochę rozkręcić bloga. Zapraszam do czytania!

*******************************************

Już o ósmej rano usłyszałam szczekanie psów na podwórku. Czyżby rodzice wrócili? Powlokłam się do okna – rzeczywiście, przyjechali. Zobaczyłam, jak wchodzą do domu w garniturze i sukience. Ciekawe, gdzie byli. Wciąż ospała wciągnęłam na nogi dżinsy i związałam moje blond włosy gumką, po czym stoczyłam się po schodach prosto do kuchni. Mama rozpakowywała zakupy na stole, tata robił kawę. 
-Gdzie byliście? -Spytałam lekko zdezorientowana.
-U cioci Mariny na ślubie. Przecież ci mówiliśmy, że jedziemy -odpowiedziała mama. 
-Aha. Zrobiliście zakupy? -Chciałam zmienić temat.
-Tak, na obiad będzie zapiekanka.
-Co wczoraj robiłaś Ellie? Nakarmiłaś zwierzęta? -Do rozmowy włączył się tata.- Nie głodowały?
-Nie tato, aż tak okrutna nie jestem -zaśmiałam się. Wtedy przypomniało mi się o czymś ważnym.- Wczoraj znalazłam w internecie taką fajną szkółkę jeździecką. Może byśmy się do niej wybrali?
-A co cię tak nagle naszło na konie, co? -Spytała nieco zdziwiona mama. Wszystkie produkty już były w lodówce.
-Nie wiem, po prostu pomyślałam, że fajnie by było wrócić do jeździectwa. 
-Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł.
-Oj, tato! Dlaczego? -Spytałam. Byłam gotowa się kłócić.
-Ostatni raz jeździłaś chyba jako dziecko. 
-Wiem to, dlatego właśnie chciałabym znów zacząć jeździć.
-No dobrze -westchnął tata.- Później obejrzę tę stronę. A masz w ogóle pieniądze?
-Mam, starczy na jazdę. To w końcu tylko trzydzieści dolarów -powiedziałam.
-Trzydzieści? -Zdziwił się tata.- A za ile, za pół godziny?
-Godzinę -powiedziałam, jakby to była moja zasługa.- Płacisz trzydzieści, jeździsz godzinę, a później przez cały tydzień jesteś szczęśliwy!
Chyba przekonałam tym tatę, bo uśmiechnął się pod nosem. Świetnie, czyli nie dalej niż za godzinę będę wiedzieć, czy wracam do jeździectwa. Bardzo się ucieszyłam, że postawiłam na swoim. To chyba o czymś świadczy? Odwzajemniłam uśmiech i przytuliłam najpierw tatę, później mamę. Strasznie się ucieszyłam. 
 Tak jak się spodziewałam, godzinę później, kiedy rodzice ogarnęli się po ślubie, przyszli do mojego pokoju. Opowiedziałam im wszystko co wiedziałam o Wiśniowej Dolinie, a później pokazałam stronę internetową.
-Niemożliwe, żeby to była ich stajnia -powiedział nieprzekonany tata.- To na pewno zdjęcia z Google, a ta Dolina to rudera...
-To samo pomyślałam na początku! Ale przeczytałam chyba wszystkie komentarze i opinie na ich temat, jakie można znaleźć w Internecie i wszyscy mówią to samo. -Próbowałam go przekonać. Po jego minie wywnioskowałam, że mi się udało. Uśmiechnęłam się do niego, a on odwzajemnił uśmiech.
-Mówisz, że trzydzieści? -Spytał, wyjmując z kieszeni banknoty. 
-Trzydzieści i ani grosza więcej. 
-Trzymaj. Umów się z nią na jutro, najlepiej na wieczór -powiedział, podając mi pieniądze.
-Dziękuję! -Krzyknęłam i zawisłam mu na szyi. Miałam w końcu powód – wracam do jeździectwa! Moje szczęście nie miało końca, miałam ochotę powiedzieć to wszystkim na świecie: Ellie Carter wraca do jazdy konnej! Ale wtedy sobie przypomniałam, że nadal nie mam stroju. W takim razie muszę coś wykombinować. 
 Otworzyłam swoją pojemną szafę i wyjęłam kilka rzeczy. I tu pojawił się pierwszy problem: założyć dżinsy czy legginsy? Hm. Ostatecznie wybrałam legginsy, bo są wygodniejsze, fioletowy sweter, podkolanówki oraz trampki. Kask na pewno dostanę w stajni, a palcat  raczej nie będzie mi potrzebny, ponieważ miałam zamiar jeździć na lonży. 
 O godzinie jedenastej postanowiłam zadzwonić do Wiśniowej Doliny. Odszukałam karteczkę z numerem i drżącymi rękoma wpisałam go do telefonu, zawahałam się, po czym wcisnęłam zieloną słuchawkę.
O matko! Zrobiłam to! Właśnie odmieniam swoje życie.
-Halo? -Usłyszałam w słuchawce przyjemny głos, głos anioła, który sprowadził mnie na ziemię.
-Dzień do-dobry -powiedziałam mocno zestresowana. Nagle w jednej chwili zapomniałam, co chciałam powiedzieć, a przecież szykowałam przemowę przez cały dzień.- Czy to Wiśniowa Dolina?
-Tak -usłyszałam. Oczekiwałam, że osoba po drugiej stronie słuchawki będzie wiedzieć, co chcę i powie wszystko to, czego ja nie mogłam wydusić z zaciśniętego gardła.
-Chciałam spytać... Bo ja jestem Ellie Carter i... Czy jutro... Na jazdę...
Usłyszałam śmiech. Ale nie taki wredny, czy niecierpliwy, tylko miły śmiech miłej osoby.
-Dobrze, Ellie Carter, więc na którą godzinę chcesz przyjechać? -Spytała. W tamtym momencie zaczęłam się rozluźniać. 
-Tata powiedział, że najlepiej wieczorem.
-Oczywiście, godzina siedemnasta wam pasuje? -Powiedziała. 
-Jasne, znaczy... Tak, bardzo dziękuję. Będę na siedemnastą. 
-Będę czekać -usłyszałam jej ciepły głos. Będzie na mnie czekać.

czwartek, 13 sierpnia 2015

Rozdział pierwszy

To była ta chwila. Zaraz powinien zadzwonić dzwonek startowy. Czekałam z zapartym tchem, można powiedzieć, że odizolowałam się od całego świata. Słyszałam tylko bicie swojego serca, bardzo mocne bicie. Dzwonek. Popędziłam konia i już przed pierwszą przeszkodą on... potknął się. Przeleciałam przez przeszkodę, a wierzchowiec leżał na ziemi nieruchomo. Podeszłam do niego chwiejnym krokiem, próbowałam otworzyć oczy. Zdążyłam zobaczyć, że koń podnosi się i odlatuje. 
 Potem się obudziłam. 
 Było mi gorąco, koszulka przyczepiła się do spoconych pleców, a w oczach miałam łzy. Nie wiem, co się wydarzyło. To był tylko koszmar, uspokój się, Ellie, skarciłam się w myślach. Usiadłam na łóżku i wytarłam rękawem oczy. Na zewnątrz robiło się już ciemno, zegarek pokazywał godzinę dwudziestą trzydzieści. Spałam pięć godzin? Nie do wiary, że zmarnowałam prawie cały dzień! Zbiegłam po schodach, rodzice zostawili mi kartkę. Mieli wrócić jutro rano, aha, czyli wszystko w gospodarstwie muszę zrobić sama. Na szczęście było tego niewiele, tylko pies, koty i oczywiście kury, uporam się z tym w trymiga. Wyszłam na podwórko i szybkim ruchem otworzyłam drzwi do stajni stojącej naprzeciwko domu i sięgnęłam po karmę dla psów. Na zewnątrz mój żywiołowy szczeniak, Baton już czekał na swoją wieczorną porcję jedzenia. Był to chyba najpiękniejszy pies na świecie, rasy owczarek australijski. Nasypałam mu trochę chrupek, po czym wróciłam do stajni, gdzie przy swojej misce śpiewały głodne koty. Wlałam im mleko, wsypałam karmę i poszłam do kurnika. Robiło się ciemno, więc po nakarmieniu kur od razu je zamknęłam. 
 Na dworze było bardzo przyjemnie. Otuliłam się bardziej swoim szarym swetrem i patrzyłam na zimnokrwiste konie sąsiadów. Były tak daleko, że ciężko mi było rozpoznać, gdzie jest głowa a gdzie zad. Ale i tak ten widok napawał mnie szczęściem. 
 Lato jest cudowne, a zwłaszcza wieczory. Słońce już tak nie praży, wiatr przyjemnie smaga po twarzy i przypomina o zbliżającej się, krótkiej nocy. Po chwili poczułam, że coś bije mnie w nogę. Baton zakomunikował, że właśnie zjadł swój posiłek i ma ochotę się ze mną pobawić. Ale ja nie miałam na to siły. Cały dzień w łóżku dawał się we znaki i poczułam się bardziej zmęczona niż wyspana. Wróciłam do domu i weszłam po schodach do swojego pokoju. Podobało mi się, jak był urządzony; ściany pomalowane na fioletowo i biało, ciemna podłoga, jasne meble i ogromne łóżko. Wszędzie wisiały zdjęcia koni na pastwisku i mnie podczas jazdy. Bardzo lubiłam na nie patrzeć, bo przypominały mi o dzieciństwie. Często jeździłam do stajni razem z moją babcią. To wszystko skończyło się, gdy ona umarła a ja zaczęłam chodzić do szkoły. Czasem się zastanawiam, czy byłabym w stanie znowu zaprzyjaźnić się z tymi zwierzętami. W końcu ostatni raz na koniu siedziałam sześć lat temu. Nie potrafię już jeździć. Ale gdy patrzę na te zimnokrwiste konie sąsiadów, ogarnia mnie tęsknota. 
 Usiadłam przy biurku i wyjęłam swój szkicownik. Dawno do niego nie zaglądałam. Były tam piękne rysunki zwierząt; koty, liżące swoje futro, psy ganiające właścicieli i przede wszystkim one – niezwykłe i smukłe konie, galopujące na wolności dzikie mustangi, niewiarygodnie pięknie i nieujarzmione. A na następnych stronach araby na pokazach, folbluty na wyścigach, szetlandy na pastwiskach. Znalazłam w końcu czystą stronę i zaczęłam rysować konie sąsiadów. Potężne głowy, długie nogi i muskularny zad. Skończone. Dwa młode ogiery, z ciekawością spoglądające na osiem pięknych klaczy po drugiej stronie ogrodzenia. Wyrwałam kartkę z zeszytu i przyczepiłam pinezką do tablicy korkowej wiszącej nad biurkiem. Kolejne moje małe dzieło sztuki ozdobiło mój pokój. 
 Przez te konie i szkicownik poczułam, że to jest to. Głupim wymysłem z mojej strony było skończenie z jazdą konną! W tamtej chwili wiedziałam, że muszę znowu usiąść w siodle. Nie miałam jednak możliwości... 
 Mimo tego coś we mnie krzyczało „zrób to”. Postanowiłam więc poszukać swój stary strój jeździecki. Może będzie w dobrym stanie i będę mogła go sprzedać? Byłby to fajny początek. Wyrzuciłam połowę ubrań z szafy, ale po bryczesach nie było śladu. Pomyślałam już, że może mama się ich pozbyła, kiedy zobaczyłam ten kolor. Piękny pudrowy róż. Tak, to na pewno były moje stare bryczesy, nie miałam żadnych innych ubrań w takim kolorze. Są! Sięgnęłam ręką i energicznym ruchem wyjęłam z szafy karton. W środku były bryczesy, fioletowa koszulka i małe sztyblety oraz połamany palcat. Uśmiechnęłam się. Przejechałam dłonią po czarnej skórze, buty były trochę brudne, ale mimo to nadawały się do użytku. Muszę to wszystko sprzedać. Chcę powrócić do jazdy konnej. To było głupie z mojej strony zaprzestawać uczęszczania do szkółki jeździeckiej. Może gdybym nie przestała, teraz w stajni trzymałabym konia zamiast czterech kotów?
 Zmierzyłam bryczesy i zapisałam na małej karteczce wymiary. Sztyblety miały rozmiar  dwadzieścia dziewięć, były malutkie. Przejechałam po nich szmatką i ich dawny blask od razu powrócił. Myślę, że uda mi się sprzedać spodnie za czterdzieści pięć, a buty może za siedemdziesiąt, wtedy razem będę mieć sto piętnaście dolarów, na pewno wystarczy na jakiś używany strój. A potem będę mogła wrócić do jazdy! Starannie zapakowałam ubranie i odłożyłam je na biurko. Poczułam motylki w brzuchu. Naprawdę to robię! Jutro spytam rodziców, co o tym wszystkim sądzą. Na pewno się zdziwią. A jak im wytłumaczę, że zrozumiałam, iż bez tego nie potrafię żyć, z pewnością będą mi kazali poszukać jakiejś dobrej szkółki. Żeby jutro być w stu procentach przygotowaną na przedstawienie rodzicom swoich planów, zrobię to od razu. Włączyłam laptopa i zaczęłam wyszukiwać w internecie stadniny w mojej okolicy. Zapisałam sobie na kartce cztery najbliższe i wpisywałam po kolei ich nazwy, żeby wyszukać więcej informacji o nich. Jedna szczególnie przykuła moją uwagę. Nazywała się Wiśniowa Dolina i znajdowała się jedenaście kilometrów od mojego domu. Nie wiedziałam, że jakaś stajnia leży aż tak blisko mnie! Przejrzałam zdjęcia, które zamieszczone były na ich stronie internetowej, i zrobiły na mnie duże wrażenie. Ogromne pastwiska, jeziorka, lasy, góry, to wszystko należało do Wiśniowej Doliny! Mieli także bardzo dużą halę, maneż i okólnik, trzy piękne stajnie, z czego w jednej stały konie sportowe, w drugiej prywatne i dzierżawione a w trzeciej, zdecydowanie największej, konie szkółkowe. Były trzy prysznice, trzy duże siodlarnie, a także karuzela. Przy domu właścicielki znajdowała się świetlica dla jeźdźców, świetnie urządzona, z lodówką, telewizorem, kanapą... Jednym słowem, ta stadnina była nieziemska! Bałam się tylko spojrzeć na cennik. Pomyślałam, że takie miejsce musi być drogie. Kliknęłam w końcu na zakładkę z cenami, zrobiło mi się słabo, ale gdy ujrzałam kwotę trzydziestu dolarów za godzinę lekcji, oniemiałam z wrażenia. Niemożliwe! Pomyślałam, że zdjęcia dawno nie były aktualizowane, i teraz to zwykła rudera, ale niedawno napisane opinie mówiły co innego. Ludzie pisali, że stajnia jest świetna, tania i bardzo piękna, oni też nie wierzyli w tak niską cenę za lekcję jazdy. Podobno właścicielka, Grace, jest bardzo miła i pozwala nawet  jeździć w zamian za pracę w stajni. Tego się nie spodziewałam. Rodzice nie mogą się nie zgodzić, muszę tam pojechać i na własne oczy zobaczyć, czy to wszystko prawda. Zapisałam numer do Grace i wskazówki, jak tam dojechać. Nie mogę się doczekać, aż powiem o tym mamie i tacie.
 Wyjrzałam na zewnątrz. Na dworze było już ciemno, a przez otwarte okno wlewał się do pokoju chłód wieczoru. Zamknęłam je i schowałam się pod kocem. Byłam taka podekscytowana. Już zaczęłam marzyć, że będę się przyjaźnić z Grace, że będę w klubie jeździeckim, że będę mieć najlepsze konie! Uśmiechnięta w końcu zasnęłam.